„Kot pierwszego kontaktu” – Shō Ishidy – recenzja
Gdyby współczesna medycyna potrafiła zamknąć w idealnie wyważonej pigułce poczucie absolutnego bezpieczeństwa, ciepła i bezwarunkowej akceptacji, farmaceutyczni giganci prawdopodobnie poszliby z torbami. Na szczęście natura wyprzedziła naukę o kilka tysięcy lat, zamykając to unikalne panaceum w puszystym ciele z ogonem, czterema łapami i zestawem wbudowanych wibrysów. Japońska literatura od lat doskonale rozumie tę zależność, regularnie serwując nam opowieści z nurtu iyashikei (lub comfort book) – literatury niosącej ukojenie, w której filiżanka gorącej herbaty i bezpretensjonalna obecność zwierzęcia potrafią uleczyć najbardziej poturbowaną ludzką duszę. Shō Ishida w swojej książce „Kot pierwszego kontaktu” – będącej kontynuacją ciepło przyjętych tomów „Zaleca się kota” oraz „Zaleca się kolejnego kota” – idzie jednak o krok…

