
Między końcem a początkiem – recenzja książki „Cały ten błękit” Melissy Da Costa
Czy można zacząć życie na nowo, gdy zegar nieubłaganie odlicza ostatnie minuty? Czy wolność smakuje najlepiej wtedy, gdy nie mamy już nic do stracenia? Wyobraź sobie, że pewnego dnia postanawiasz rzucić wszystko, nie po to, by „jechać w Bieszczady” w poszukiwaniu przygody, ale po to, by godnie spotkać się z przeznaczeniem. Właśnie w takim punkcie zastajemy bohatera powieści „Cały ten błękit”, debiutu, który wyniósł Mélissę Da Costę na szczyty list bestsellerów. To nie jest zwykła książka drogi – to emocjonalny manifest życia w cieniu nieuchronności, napisany z taką czułością, że błękit nieba nad francuskimi Pirenejami zdaje się bić prosto z kartek papieru.
Mélissa Da Costa, urodzona w 1990 roku, stała się prawdziwym objawieniem francuskiego rynku wydawniczego. Jej statystyki robią wrażenie – w samym 2023 i 2024 roku była najlepiej sprzedającą się autorką we Francji, wyprzedzając gigantów gatunku. Jej droga do sukcesu to klasyczna historia o pasji i determinacji. Choć pisała „do szuflady” od lat, dopiero platformy self-publishingowe pozwoliły światu odkryć jej talent. „Cały ten błękit”, jej debiut z 2019 roku, sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy, co jest wynikiem oszałamiającym jak na debiutantkę. Mélissa Da Costa posiada rzadką umiejętność pisania o sprawach ostatecznych – chorobie, stracie i samotności – bez popadania w tani sentymentalizm czy drastyczny naturalizm. Jej styl to mieszanka psychologicznej głębi i niemal malarskiej wrażliwości na naturę.
Głównym bohaterem powieści jest 26-letni Émile. Jego życie właśnie legło w gruzach – diagnoza wczesnego stadium alzheimera o nietypowym przebiegu brzmi jak wyrok śmierci. Émile nie chce jednak kończyć swoich dni w sterylnym szpitalu, podpięty do aparatury, będąc ciężarem dla rodziny. Decyduje się na krok radykalny: kupuje kamper i zamieszcza w internecie ogłoszenie, że szuka towarzysza podróży. Nie obiecuje niczego poza wspólnym paliwem i drogą w nieznane. Na ogłoszenie odpowiada Joanne – tajemnicza kobieta w dużym czarnym kapeluszu, która zdaje się dźwigać na barkach bagaż smutku niemniejszy niż choroba Émile’a. Ta dwójka nieznajomych wyrusza w podróż przez południową Francję. On ucieka przed przyszłością, której nie będzie miał, ona ucieka przed przeszłością, o której chce zapomnieć. Początkowo ich relacja jest pełna dystansu i ciszy. Mélissę Da Costę po mistrzowsku buduje napięcie między bohaterami, pozwalając im na powolne docieranie się w ciasnej przestrzeni kampera. Stajemy się świadkiem niezwykłej metamorfozy – od obojętności, przez szacunek, aż po głębokie porozumienie dusz.
Jednym z mocniejszych punktów powieści jest tło wydarzeń. Pireneje, małe wioski, zapomniane ścieżki i wszechobecny błękit nieba nie są tu tylko dekoracją. Autorka używa przyrody jako katalizatora zmian zachodzących w bohaterach. Surowość gór i spokój jezior korespondują z wewnętrznym wyciszeniem Émile’a. W miarę jak choroba postępuje, a jego pamięć zaczyna płatać figle, otaczający świat staje się jedyną stałą. Wspólne gotowanie na turystycznej kuchence, kąpiele w potokach czy nocne rozmowy pod gwiazdami – to właśnie te „najmniejsze gesty”, stanowią o sile tej książki. Mélissę Da Costę uczy nas uważności. Pokazuje, że życie nie składa się z wielkich przełomów, ale z drobnych chwil, które nabierają ogromnego znaczenia, gdy wiemy, że są policzone.
„Cały ten błękit” to powieść o ogromnym ciężarze emocjonalnym, ale – paradoksalnie – czyta się ją z niezwykłą lekkością. To zasługa empatii autorki. Nie znajdziemy tu epatowania bólem. Zamiast tego dostajemy studium godzenia się z losem. Émile i Joanne uczą się od siebie nawzajem jak cieszyć się dniem dzisiejszym. Joanne daje mu także obecność, której tak bardzo potrzebuje, nie oceniając go i nie litując się nad nim. Warto zaznaczyć, że wątek romantyczny, który pojawia się w książce, jest poprowadzony subtelnie. To nie jest typowy romans. To raczej miłość ratunkowa, która zdarza się w momencie, gdy „wszystko dobiegło końca”. To uczucie czyste, pozbawione planów na przyszłość, zakorzenione w teraźniejszości. „Cały ten błękit” to literacka lekcja pokory wobec czasu. Autorka przypomina nam, że każdy z nas podróżuje swoim własnym „kamperem” ku nieznanemu, a jedyne, co naprawdę posiadamy, to chwila obecna.
Powieść Mélissy Da Costy to lektura dla każdego, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż tylko rozrywki. To książka, która zostaje w nas na długo po przewróceniu ostatniej strony, zmuszając do refleksji nad własnymi priorytetami i relacjami z najbliższymi. Mimo trudnej tematyki, bije z niej niesamowite światło i nadzieja. Autorka udowadnia, że nawet w obliczu najczarniejszego scenariusza, błękit nieba może przynieść ukojenie, a spotkanie drugiego człowieka może nadać sens nawet najkrótszej drodze. To piękna, wzruszająca i mądra opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć naprawdę żyć – nawet jeśli do mety zostało już tylko kilka kroków.

O książce:
Tytuł: Cały ten błękit
Tytuł oryginału: Tout le bleu du ciel
Autor: Mélissa Da Costa
Tłumaczenie: Łukasz Müller
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 2025-05-21 (pierwsze wydanie 2019)
Liczba stron: 640
Gatunek: Literatura piękna
Ocena:
- Książka zainteresowała mnie:
- Akcja wciągnęła mnie:
- Narracja uwiodła mnie:
- Temat zaciekawił mnie:
- Postacie zawładnęły mną:
Podsumowanie:
„Cały ten błękit” to lektura dla każdego, kto szuka w literaturze czegoś więcej niż tylko rozrywki. To książka, która zostaje w nas na długo po przewróceniu ostatniej strony, zmuszając do refleksji nad własnymi priorytetami i relacjami z najbliższymi. Mimo trudnej tematyki, bije z niej niesamowite światło i nadzieja. Autorka udowadnia, że nawet w obliczu najczarniejszego scenariusza, błękit nieba może przynieść ukojenie, a spotkanie drugiego człowieka może nadać sens nawet najkrótszej drodze. To piękna, wzruszająca i mądra opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć naprawdę żyć – nawet jeśli do mety zostało już tylko kilka kroków.



